Nie, nie wprowadzam na blog kącika literackiego. To tylko moja opinia o obecnym stanie pogodowociśniniowym. Jako skrajna meteopatka nie mogę lubić przedwiośnia (z wiosną też różnie bywa).
Zdrowotnie tak sobie, z czasem kiepsko, a jeszcze Miałżonek zafundował mi rozrywkę w postaci modernizacji jednego pokoju, czyli zapełniania regałów odkupionych za zniszczone zalaniem w maju. Odkupiliśmy je chyba w lipcu, a dopiero teraz mieliśmy czas, żeby je skręcić (dobra, zmyślam, mój Brat wygonił nas z pokoju i sam je poskręcał).
Muszę teraz wziąć do łapki każdą karteczkę, książkę, notesik i zeszycik, każdy segregator, pudełeczko i puszeczkę....^$^%&^*&& i ...zdecydować się, które pożegnać, wyrzucić, oddać do antykwariatu lub zostawić. Ogólnie nie jest źle, bo w tym rodzaju pracy szybko widać efekty, ale zanim taki wstrętny chomik jak ja zdecyduje się, żeby wyrzucić na przykład notatki z pierwszego roku studiów, albo pamiątkowy zeszyt z siódmej klasy podstawówki, to naprawdę trochę trwa. Wszystkiego niestety nie mogę zostawić, bo nowy, większy regał może i mamy, ale nowego, większego mieszkania, to niestety raczej nie :)
Choć z drugiej strony przed oczyma duszy mojej widzę ten ład jak u Anthei Turner. Włóczki posegregowane gatunkami i kolorami leżą w pudełeczkach, ukryte, a dostępne. Szydełka rozmiarami od najcieńszego do najgrubszego, pięknie oznaczone w rządku leżą. Koraliki nie biegają po pokoju, a leżą spokojnie w pudełeczkach z milionem przegródek, a ja na fotelu przy pustej ławie (dobra, może stać na niej jeden talerzyk) z odgiętym paluszkiem popijam kawę z filiżanki, przeglądając JEDNĄ gazetkę robótkową i decyduję się na JEDNĄ robótkę. Taaa
No niestety, powyższy akapit proszę zakwalifikować do działy fikcja, a nie literatura faktu. Prawdą jest niestety, że nie jestem Perfekcyjną Panią Domu.
Psychopatyczną Panią Domu - to już prędzej.
Ale pracuję nad sobą, dlatego musze te papierki przejrzeć i oczyścić trolownię.
Z frontu robótkowego: SKOŃCZYŁAM SZAL AŻUROWY!
HA! Ale nie mam kiedy zrobić zdjęcia. Reksio się gdzieś schował. Jak się znajdzie - pokażę.
No i na deser, żeby nie było tak ponuro.
Jedzie do mnie Maryla!
Jako, że Dzień kobiet wkrótce, Miałżonek zaserwował mi Marylę. Marylę Łucznik. I to ona właśnie do mnie jedzie. Odkąd pamiętam chciałam nauczyć się szyć. No dobra, chociaż zszywać. Pełna jestem zapału i nakręcona na szycie poszewek, poduszek, torebek i tildopodobnych stworów. Ciekawe jak mi pójdzie.
Póki co czekam też na NAUKĘ SZYCIA - szkółkę, którą tworzy na swoim blogu BAGLADY.
Zdrowotnie tak sobie, z czasem kiepsko, a jeszcze Miałżonek zafundował mi rozrywkę w postaci modernizacji jednego pokoju, czyli zapełniania regałów odkupionych za zniszczone zalaniem w maju. Odkupiliśmy je chyba w lipcu, a dopiero teraz mieliśmy czas, żeby je skręcić (dobra, zmyślam, mój Brat wygonił nas z pokoju i sam je poskręcał).
Muszę teraz wziąć do łapki każdą karteczkę, książkę, notesik i zeszycik, każdy segregator, pudełeczko i puszeczkę....^$^%&^*&& i ...zdecydować się, które pożegnać, wyrzucić, oddać do antykwariatu lub zostawić. Ogólnie nie jest źle, bo w tym rodzaju pracy szybko widać efekty, ale zanim taki wstrętny chomik jak ja zdecyduje się, żeby wyrzucić na przykład notatki z pierwszego roku studiów, albo pamiątkowy zeszyt z siódmej klasy podstawówki, to naprawdę trochę trwa. Wszystkiego niestety nie mogę zostawić, bo nowy, większy regał może i mamy, ale nowego, większego mieszkania, to niestety raczej nie :)
Choć z drugiej strony przed oczyma duszy mojej widzę ten ład jak u Anthei Turner. Włóczki posegregowane gatunkami i kolorami leżą w pudełeczkach, ukryte, a dostępne. Szydełka rozmiarami od najcieńszego do najgrubszego, pięknie oznaczone w rządku leżą. Koraliki nie biegają po pokoju, a leżą spokojnie w pudełeczkach z milionem przegródek, a ja na fotelu przy pustej ławie (dobra, może stać na niej jeden talerzyk) z odgiętym paluszkiem popijam kawę z filiżanki, przeglądając JEDNĄ gazetkę robótkową i decyduję się na JEDNĄ robótkę. Taaa
No niestety, powyższy akapit proszę zakwalifikować do działy fikcja, a nie literatura faktu. Prawdą jest niestety, że nie jestem Perfekcyjną Panią Domu.
Psychopatyczną Panią Domu - to już prędzej.
Ale pracuję nad sobą, dlatego musze te papierki przejrzeć i oczyścić trolownię.
Z frontu robótkowego: SKOŃCZYŁAM SZAL AŻUROWY!
HA! Ale nie mam kiedy zrobić zdjęcia. Reksio się gdzieś schował. Jak się znajdzie - pokażę.
No i na deser, żeby nie było tak ponuro.
Jedzie do mnie Maryla!
Jako, że Dzień kobiet wkrótce, Miałżonek zaserwował mi Marylę. Marylę Łucznik. I to ona właśnie do mnie jedzie. Odkąd pamiętam chciałam nauczyć się szyć. No dobra, chociaż zszywać. Pełna jestem zapału i nakręcona na szycie poszewek, poduszek, torebek i tildopodobnych stworów. Ciekawe jak mi pójdzie.
Póki co czekam też na NAUKĘ SZYCIA - szkółkę, którą tworzy na swoim blogu BAGLADY.
3 komentarze:
Powrotu do pelnej formy zycze. I szybkiego uwiniecia sie z trolownia. ;) Czy mozna nauczyc sie szyc i dziergac po szescdziesiatce? Bo ja moze na emeryturze znajde czas. ;) (zawsze chcialam miec ten fach w reku!). Pozdrowienia i usciski! :)
Mi też krwawi serce, jak muszę się pozbyć dowolnych rzeczy, które "no przecież się przydadzą!". Ale wiosną jakoś mi z tym łatwiej, bo wolę jak jest przestronniej.
A do szkółki szycia to bym chętnie kogoś zaprosiła, kto moją maszynę by ujarzmił, bo mnie wkurza :D
Karolino - Na pewno można, ja na przykład zamierzam po sześćdziesiątce zgłębiać serfowanie. I narciarstwo wyczynowe ;)
Aneladgam - taki to już nasz chomiczy los :)
Buziaki!
K.
Prześlij komentarz