Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą różne. Pokaż wszystkie posty

marca 06, 2014

Tort nie do jedzenia

Dawno dawno temu urodziła się dziewczynka - córeczka znajomej. Trzeba było Ją jakoś przywitać :)



Skład: 60 pampersów, 3 bodziaki, kubek niekapek, sztućce, kwiaty z pięciu par skarpetek, 3 flanelowe pieluszki, gryzak i kilka metrów wstążek.

lipca 13, 2012

Imieniny były, czyli Biegnij Kot, biegnij...!

Moje, jakiś czas temu. A jak imieniny czy inne święto ( na przykład  Dzień hydraulika się liczy, albo Dzień warzyw korzeniowych), to czas na uprawianie dyscypliny - Naciąganie Męża. Dyscyplinę tę uprawiam okazjonalnie (ha ha akurat!), częściej jednak niż bywają Igrzyska Olimpijskie. Tak ze sto razy częściej. Skala naciągania różna bywa. A to kefirek, a to kolczyki, książka, niteczki, włóczki, książka o niteczkach i włóczkach, szmatki itp. Na pewno to znacie. 

Od jakiegoś czasu chadzam polatać. Wieczorami. Z muzyką w uszach i ćwiczeniami rozciągającymi na końcu. Jednakże latanie to uprawiam mocno nieregularnie, co ani chybi spowodowane jest sklerozą, bo jak inaczej wytłumaczyć, że tuż przed zaśnięciem, myślą poprzedzająca me pierwsze chrapnięcie jest: Szlag! Miałam se dzisiaj polatać! 

Latanie powyższe jak się już zdarzy uskuteczniam w obuwiu które nie jest od Hilfigera czy Stelli McCartney. Fakt ten nie tylko Hilfiger, czy McCartney są w stanie naocznie stwierdzić, tym bardziej, że buty owe z racji zaawansowanego wieku  pod vintage spokojnie mogą podchodzić. Szczególnego wpływu nie oszukujmy się, na częstotliwość biegania leciwość butów nie ma, ale faktem jest że czasem mnie w prawą stopę skurcz łapie - tylko w nich.
Dodatkowo natchniona przez Brahdelt oraz wsparta planem treningowym i zaleceniami ogólnej natury przez Squirk zapragnęłam nowych butów...


No i już mam. Perwersyjnie paskudne. Wyglądam w nich komicznie - nogi mam jak zapałki w kasztanach (robiliście kiedyś ludziki?), bo Bozia obdarzyła mnie szczupłymi kostkami i ich przyległościami. Ale są wygodne i podobno dobre. Oczywiście jak po większości zakupów wieczór spędzam na rozważaniach, czy aby nie za luźne? Może ta przymierzana 14 z kolei para byłaby lepsza niż faktycznie kupiona 26? Może jeszcze mi się odmieni i jutro pojadę znów sobie poprzymierzać? Jeszcze nie wiem. Póki co czas popracować nad systematycznością. A na swój pierwszy maraton kupię sobie jakieś piękne! Pewnie  nawet od Stelli McCartney ! ;)

P.S. Na zdjęciu pozuje również spódniczka biegowa i trzy pary skarpetek. A właśnie przed chwilą Maleństwo znalazł pedometr. Może mnie zdyscyplinuje.

lutego 28, 2011

Odporności...przybywaj

Bo oszaleję. Powiedzonko takie jest - jak nie urok, to...przemarsz wojsk (w ocenzurowanej wersji) i tak jest u mnie. Jak nie grypa, to zapalenie gardła, a potem (naprawdę mocny finał) zapalenie zatok. I właśnie kończę drugi antybiotyk. Nic mi się nie chce, prawie nic nie robię. Dni spędzone na zwolnieniu, przespałam, przeleżałam i trochę prze-czytałam (m.in. Książę Mgły, Marina, Cień wiatru i Gra Anioła - wszystko Zafona).

Kłuje mnie w uszach.

I pod oczami.

Nie lubię wiatru.

Boli mnie noga, na zmianę pogody (pewnie na gorszą).

Katar mam.

Właściwie już przechodzi, bo robi się cieplej.

Jak zrobi się cieplej uaktywni się alergia, bo zapylą topole i leszczyny i brzozy i inne...

aaaaaaaaaaaaaaaaaAAAAAAaa

Jak się zbiorę, to coś pokażę. Ale muszę się zebrać :)


No, to poZDRAWIAM! :)

P.S. Na pomoc mojej odporności nastawiłam do ukiszenia sok z warzyw według przepisu KAROLINY ze ZMYSŁÓW W KUCHNI. Nie wiem jeszcze jak smakuje, ale wygląda wspaniale!

stycznia 15, 2011

Dwanaście lat temu - komunikat

Dwanaście lat temu skończyłam kurs prawa jazdy. Do egzaminu po nim nie podeszłam. Dopiero w tym roku pokonałam demona ;) Dziś o 9.20 zdałam egzamin. Za 2 tygodnie wsiadam w samochód. Dojazd do pracy zajmuje mi codziennie minimum 1,5 godziny w jedną stronę. Uzależniona jestem od autobusu jeżdżącego zwykle co godzinę. Zwykle, bo co najmniej 2 razy w miesiącu wypada z trasy, a 4 razy w tygodniu się spóźnia.
Za dwa tygodnie nie będzie mnie to już tak bardzo dotyczyło. Wsiadam w Pluszowóz i do przodu. Pluszowóz jest pełnoletnim autem mojego Męża. Jest cudownie fioletowy i czeka na personalizację - czyli szydełkowo-szyciowe uzupełnienie wystroju i wyposażenia :)

I jeszcze jedna... a może dwie sprawy.
Prawo jazdy było takim moim osobistym demonem. Wydawało mi się, że nigdy nie uda mi się go zdobyć, choć poza epizodem 12 lat temu, dalszych podejść nie miałam, ale jak coś wejdzie w głowę, to trudno się pozbyć, pewnie wiecie :))

Dzisiaj czuję się silniejsza nie tylko dlatego, że uda mi się ograniczyć marznięcie i tracenie czasu na przystankach i w tramwajach. Udało mi się! Nauczyłam się jeździć na tyle - żeby zdać egzamin. Teraz może być już tylko lepiej, prawda? ;)

Skoro o uczeniu mowa - będzie reklama: Auto Szkoła Perfekt w Łodzi. Mogę ją krótko opisać: profesjonalizm, cierpliwość i kultura. I jeszcze poczucie humoru Panów Instruktorów. Do tego jedna z tańszych.

I jeszcze mój Mąż. Trochę mi słów brakuje, żeby opisać jego rolę w tym wydarzeniu. Wsparcie, cierpliwość, pomoc, nauka... z resztą On wie :*

Miłego weekendy Wam życzę. Co najmniej tak miłego ja mój!

P.S. A! I nie za pierwszym razem. Pierwsze w pełni zasłużenie oblałam zajeżdżając drogę tym co za mną, podczas zmieniania pasa. Dziś rano wyrzuciłam ze swojego słownika jakże mylne sformułowanie: "Może się zmieszczę" i poszło :)
Rzec chciałam jeszcze, że każdy z egzaminatorów był normalny, a wręcz sprzyjający mnie jako przyszłemu kierowcy. Nie trafiłam na furiata, chama, ani podpuszczacza. Przeciwnie. Poczucie pomagania mnie przez nich miałam. ;)

stycznia 02, 2011

Noworocznie

No jak tam? Szampany wypite? Postanowienia noworoczne spisane i skrzętnie ukryte? To co? Zabieramy się do roboty? To znaczy... "do robótek" chciałam napisać :)

Tayton, która pomogła mi zdobyć wzór na czarną chustę, zaproponowała mi wymiankę - taki Secret Pal, tylko bardziej Pal niż Secret, bo wymieniałyśmy się tylko my dwie :) W Wigilię rano zadzwonił (dwa razy) do moich drzwi listonosz i wręczył mi pakę. (No i tu wyszłam na prosiaka, bo dopełzłam na pocztę z opóźnieniem i przesyłkę ode mnie Tayton dostała dopiero w Sylwestra)

A w pace:



Wykonane przez Tayton bombki obmacała (delikatnie) cała rodzina. Wszyscy zachwyceni. Ja oczywiście najbardziej chyba, bo bardzo cenię sobie takie prezenty. Coś wykonanego własnoręcznie, poświęcony czas, serce i talent dla mnie - wierzę, że mają w sobie dobra energię dla domu. Dlatego zamierzam je przechowywać pieczołowicie i pokazywać wnukom swym :)

Wełna... Cudowna! Magic się z resztą nazywa ;). Tęcza - w moich ulubionych kolorach - głaszczę ją stale i już zaczęłam coś ściubolić. Ba, mam nadzieje, że niebawem skończę. Co chwilę odkładam robótkę, rozprostowuję ją i podziwiam przenikające się kolory :) i herbatka pyszna tam była - bardzo lubię maliny, kartka z i miłe słowa... A czekoladę Małżonek uprowadził i zeżarł.

Zawartość paczki zainspirowała mnie do życzeń noworocznych dla Was.
Życzę Wam:
Miłych znajomości, przyjaźni i niespodzianek. Ciepła (nie tylko wełnianego ;)) kolorowych, tęczowych chwil, słodyczy i słodkości, zdrowia i natchnienia do tworzenia pięknych rzeczy - od serca. Do tego odrobinkę czasu i swobody! Niezwykle miło mi być tu z Wami kolejny rok. :)


Karolina.

kwietnia 10, 2010

PRO SZE ZWONIDŹ JEŹLIKTO HCE PO RADY.

Inskrypcja przy drzwiach Sowy Przemądrzałej natchnęła mnie do napisania tytułu. Bo jak to inaczej nazwać? A! Już wiem:

CRAFTUNKU! POMOCY!

Pod linkiem znajdziecie blog na który wklejam linki do TUTORIALI znalezionych w sieci. Ostatnio najczęściej z kategorii "szycie" ale sądzę, że warto zaglądać. No w każdym razie ja tam zaglądam, więc nie będę prosiakiem - podzielę się :)

marca 07, 2010

Przedwiośnie - błeee

Nie, nie wprowadzam na blog kącika literackiego. To tylko moja opinia o obecnym stanie pogodowociśniniowym. Jako skrajna meteopatka nie mogę lubić przedwiośnia (z wiosną też różnie bywa).

Zdrowotnie tak sobie, z czasem kiepsko, a jeszcze Miałżonek zafundował mi rozrywkę w postaci modernizacji jednego pokoju, czyli zapełniania regałów odkupionych za zniszczone zalaniem w maju. Odkupiliśmy je chyba w lipcu, a dopiero teraz mieliśmy czas, żeby je skręcić (dobra, zmyślam, mój Brat wygonił nas z pokoju i sam je poskręcał).

Muszę teraz wziąć do łapki każdą karteczkę, książkę, notesik i zeszycik, każdy segregator, pudełeczko i puszeczkę....^$^%&^*&& i ...zdecydować się, które pożegnać, wyrzucić, oddać do antykwariatu lub zostawić. Ogólnie nie jest źle, bo w tym rodzaju pracy szybko widać efekty, ale zanim taki wstrętny chomik jak ja zdecyduje się, żeby wyrzucić na przykład notatki z pierwszego roku studiów, albo pamiątkowy zeszyt z siódmej klasy podstawówki, to naprawdę trochę trwa. Wszystkiego niestety nie mogę zostawić, bo nowy, większy regał może i mamy, ale nowego, większego mieszkania, to niestety raczej nie :)

Choć z drugiej strony przed oczyma duszy mojej widzę ten ład jak u Anthei Turner. Włóczki posegregowane gatunkami i kolorami leżą w pudełeczkach, ukryte, a dostępne. Szydełka rozmiarami od najcieńszego do najgrubszego, pięknie oznaczone w rządku leżą. Koraliki nie biegają po pokoju, a leżą spokojnie w pudełeczkach z milionem przegródek, a ja na fotelu przy pustej ławie (dobra, może stać na niej jeden talerzyk) z odgiętym paluszkiem popijam kawę z filiżanki, przeglądając JEDNĄ gazetkę robótkową i decyduję się na JEDNĄ robótkę. Taaa

No niestety, powyższy akapit proszę zakwalifikować do działy fikcja, a nie literatura faktu. Prawdą jest niestety, że nie jestem Perfekcyjną Panią Domu.

Psychopatyczną Panią Domu - to już prędzej.

Ale pracuję nad sobą, dlatego musze te papierki przejrzeć i oczyścić trolownię.

Z frontu robótkowego: SKOŃCZYŁAM SZAL AŻUROWY!

HA! Ale nie mam kiedy zrobić zdjęcia. Reksio się gdzieś schował. Jak się znajdzie - pokażę.


No i na deser, żeby nie było tak ponuro.

Jedzie do mnie Maryla!

Jako, że Dzień kobiet wkrótce, Miałżonek zaserwował mi Marylę. Marylę Łucznik. I to ona właśnie do mnie jedzie. Odkąd pamiętam chciałam nauczyć się szyć. No dobra, chociaż zszywać. Pełna jestem zapału i nakręcona na szycie poszewek, poduszek, torebek i tildopodobnych stworów. Ciekawe jak mi pójdzie.

Póki co czekam też na NAUKĘ SZYCIA - szkółkę, którą tworzy na swoim blogu BAGLADY.


lutego 25, 2010

Jak nie urok, to przemarsz wojsk

Zapalenie oskrzeli i początek zapalenia płuc. W skrócie MASAKRA, na szczęście Maleństwo wysłał mnie do lekarza, bo sama bym się chyba nie zorientowała. Ot tam kaszel i śpiącość mocniejsza niż zwykle. Przestraszyłam się więc teraz leżę. Zresztą leżę też powalona siłą leków, które mi przepisano. Moja obecna aktywność(przytomność) to około 6 godzin na dobę, przez resztę śpię, a te 6 to tylko leżę.
MASAKRA.
Tak, to odpowiednie słowo.

lutego 09, 2010

Założyłam blog olimpijski

Kanada Zima 2010

I zapraszam chętne robótkujące do wspólnej pracy. Szczegóły w pierwszym poście. Do zobaczenia :)

stycznia 19, 2010

Wcale nie robótkowo :)

Ale mimo tego jak przyjemnie! Tydzień temu forumowa znajoma Pani Serwusowa zaproponowała mi pomoc w kupnie tych butów. Wszystko zorganizowała - miałam tylko czekać na przesyłkę. Cała operacja pocztowa trwała 6 dni. dziś pobiegłam (no, prawie pobiegłam, nie mogę biegać, więc doszurałam ) na pocztę i przytargałam z niej pudło, a w nim znalazłam:

Szałowe Ciapy - w których będę się obawiała chodzić po dworze w trosce o ich kondycję

Czipsiory - Worcesterowe i pełen wypas - ręcznie robione octowe czipsowe wyższe sfery (jeszcze ich nie otworzyłam, czekają do weekendu na odpowiednią oprawę)

herbatniki pełnomaślane (były, już nie ma, przechwycił je Maleństwo i przy akompaniamencie ciamkania rzekł: Aleee dooobre, nie? Na pewno dobre. Choć opinię swą wydaję po skosztowaniu ćwiarteczki jednej sztuki - reszta w brzuchu Maleństwa)

I przemiły liścik.

Przesyłka z tego co pamiętam wysłana w piątek, dziś dotarła do mnie. Wiwat Pani Serwusowa, Royal Mail i Poczta Polska!

Przy okazji z Serwusową zastanawiałyśmy się, czy paczka dojdzie.

ja: 14.01.10, 20:16

Mam nadzieję, ze Poczta Polska będzie myślała, ze to czipsy octowe i nie ruszy.

pani.serwusowa: 14.01.10, 21:53

Jak lubisz ocet i chipsy, to Ci zasmakują. Dorzucę do paczki. Mam nadzieje, ze
jakaś Pani Krysia się nie połasi na nie.

I proszę - Pani Serwusowa zadbała o wszystko. Otwierając pudełko natknęłam się na taką
informację:



Dziękuję!

stycznia 04, 2010

Niestety i stety :)

Niestety


W Sylwestra pojawiłam się w przyszpitalnej poradni ortopedycznej z pewnością, że usztywnienie mi zdejmą mili państwo i będę mogła hasać. Niestety okazało się, że czekają mnie jeszcze 2 tygodnie (lekarz proponował 4 tygodnie, ale się targowałam) z nogą w szynie. W szpitalu spędziliśmy około pięciu godzin, więc na wyjazdową Imprezę Sylwestrową dotarliśmy koło 18 a nie jak planowaliśmy - rano.

Stety :)

Ale i tak (co oczywiste w takim Towarzystwie) spędziliśmy wspaniałe dwa dni. Dzięki Znajomym załapałam się na wszystkie atrakcje. Na ognisko i pokaz fajerwerków dowieźli mnie na sankach (potem na tych sankach zostałam uprowadzona), podczas karaoke z upodobaniem śpiewałam "Bal na Gnojnej" a dokładnie fragment: Ferajna tańczy, ja nie tańczę...
Choć z tym tańcem to tez różnie bywało... Tzn, osobiście nie tańczyłam, ale pojawiła się silna Grupa skacząca w rytm muzyki na lewej nodze, z prawą sztywną i podkurczoną, utrzymująca, że to nowy układ taneczny "na Karolinę" :D

Miałam też okazję oglądać mojego prawie dwumetrowego Męża, który w szale interpretacji ruchowej piosenki: The Final Countdown po symulacji jednoczesnej gry na gitarze i perkusji, śpiewając kładzie się na podłodze na plecach i wierzga wszystkimi kończynami!

Główną atrakcją wyjazdu był Wieczór Noworoczny pod hasłem Gwiazdy Estrady, ale o tym jak dostanę zdjęcia :D

grudnia 29, 2009

Bulboniasty

Bardzo lubię piec ciasta na drożdżach. Nawet bardziej lubię je piec niż jeść. Robienie rozczynu, zagniatanie, wyrastanie, to dla mnie trochę magiczne czynności, momenty. Czasem niecierpliwie zaglądam pod ściereczkę, paluchem głaszczę, żeby ładnie rosło. Czasem zapominam i po dłuższym czasie lecę do kuchni, żeby zastać w niej ciastowego potwora co sam gramoli się z miski na świat.

Uwielbiam jeszcze ten bardzo przyjemny zapach ciasta drożdżowego przed i w trakcie pieczenia. Jak by miał kto jeść, to mogłabym codziennie nowe zagniatać i piec. Lubię drożdże, a drożdże lubią mnie.

Dziś - Bulboniasty, czyli:

Spiced bubble bread, przepis z blogu Moje Wypieki.

Trudno powiedzieć, czy to ciasto, czy bułka, w każdym razie doskonale nadaje się na niedzielne śniadanie, albo zimową kolację, ze szklanką mleka, albo kakao. No i forma kuleczek w chrupiącej słodkiej skorupce, które można odrywać - niestety bardzo kusząca i zgubna. Całość zniknęła u nas jednego dnia. Warto spróbować, przepis cytuję za Dorotus:

Składniki na 1 chlebek:

  • 500 g mąki pszennej chlebowej
  • 2 łyżki miękkiego masła
  • 4 łyżki mleka w proszku
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1¼ łyżeczki suchych drożdży (5 g) lub 10 g drożdży świeżych
  • 300 ml wody
Nie miałam mleka w proszku, więc zamiast wody dodałam mleka zwykłego. Drożdże wykorzystałam suszone.

Na posypkę

  • 70 g cukru
  • 1½ łyżeczki cynamonu
  • ½ łyżeczki gałki muszkatołowej
Zamiast gałki, dodałam przyprawy do piernika.

Do naczynia przesiać mąkę, dodać masło i rozetrzeć w rękach, aż całość będzie przypominała kruszonkę. Wsypać mleko w proszku, sól, łyżeczkę cukru, drożdże. Stopniowo wlewać letnią wodę i wyrobić ciasto.

Ciasto wyrabiać na lekko oprószonej mąką powierzchni, powinno powstać gładkie i elastyczne. Odłożyć w ciepłe miejsce do podwojenia objętości (około 1 h).

Ciasto wyjąć z naczynia, krótko zagnieść i podzielić na 30 równych części, z których uformować kulki.

W międzyczasie wszystkie składniki na posypkę wymieszać, przygotować formę - tortownicę o średnicy 20 cm. Uformowane kulki obtaczać w posypce i układać w formie. 14 kulek kładziemy na dno, w równych odstępach, a pozostałe tworząc na nich drugi poziom, w ten sposób, jak układa się cegły (czyli w przerwach kulek dolnych kładziemy górne). Przykryć folią i pozostawić do napuszenia na 30 minut, w ciepłym miejscu (ciasto może wyrosnąć do brzegów formy.

Piec około 35 minut w temperaturze 200ºC, po 15 minutach przykrywając folią aluminiową, by się zbyt mocno nie przypiekł. Studzić na kratce, posypać pozostałym cukrem, można podawać ciepły.


P.S. Żeby nie było wątpliwości, Bulboniastego upiekłam jakiś czas temu. I wtedy zrobiłam zdjęcie.Od 17 grudnia wciąż oddaję się przymusowemu lenistwu z nogą w górze i do kuchni nie wchodzę, bo nic nie mogłabym w niej zrobić. No chyba, że o szkodach mowa - tych w obecnej formie narobić bym mogła, nawet bez większego wysiłku. Głównie śpię w dzień, oglądam TVN24, od którego jestem uzależniona i filmy podtykane przez Maleństwo ,i trochę dziubię. Ale nie dużo. Potrzebuję światla dziennego do zdjęć, jak uchwycę - pokażę.

Wizytę u lekarza mam 31 grudnia (tak tak, w Sylwestra) o 9.00 rano. Jak mi zdejmą to niebieskie ustrojstwo, to chyba będę skakać z radości... a może lepiej nie?

grudnia 20, 2009

Żeby kózka nie skakała...


...to by nóżki nie złamała.

Gdyby kózka spokojniej po domu chodziła, to by nóżki nie skręciła!

Panie i Panowie, apeluję, byście na krzesłach przed komputerem nie siadali zwinięci w supełki, jako ja tak czynię. A jeśli Wam się to zdarzy i nogi zdrętwieją, to nie radzę zrywać się gwałtownie i biec do drzwi, do których właśnie dzwoni jakiś akwizytor, czy inny ankietowicz. Zupełnie przypadkiem można wtedy paść na ziemię (bo zdrętwiała stopa nie trafiła w podłogę) z głośnym chrupnięciem wydobywającym się ze stawu skokowego.

Można w ten sposób załatwić sobie wizytę na Ostrym Dyżurze (pozdrawiam wszystkich pracowników Oddziału Ratunkowego w szpitalu im. Kopernika w Łodzi, z nocy 17/18 grudnia). Gwarantowany też gips na dwa tygodnie (termin zdjęcia: 31/12/2009), oraz seria dwudziestu zastrzyków przeciwzakrzepowych (dla zainteresowanych - aplikuje się je w brzuch).

Od dwóch dni leżę na kanapie, po takiej właśnie przygodzie. Szydełka, i drutow w ostatnich dniach nie małam siły ruszać. Noga jeszcze do wczoraj bolała wściekle, dziś już po prostu boli. Na szczeście mój Mąż ogarnia wszystko dookoła, więc staram się nie myśleć co to ja przed Świętami i na Święta miałam zrobić (zakupy, gotowane, sprzątanie, prezenty...), bo bym się wściekła.

Okazało się, że w obliczu klęski, Maleństwo potrafi upiec ciasto. Wczoraj zaniósł na pracową Wigilię Murzynka, wykonanego własnołapnie. Ja tylko komenderowałam.

Maleństwo rozochocony powodzeniem (Murzynek zniknął pożarty, przez współpracowników) wyraził chęć przy odpowiednim instruktażu...ugotować coś na Święta!

Jestem zachwycone, ponieważ Jego dotychczasowe osiagnięcia kulinarne to:

- sos do spagheti z papierka
- zamówienie pizzy (bardzo smacznej)
- przywiezienie czegoś od Wietnamczyków
- odgrzanie parówek

podobno umie zrobić jeszcze omlet, ale nie widziałam.

No i teraz wiem, że potrafi upiec Murzynka.

Leżę więc sobie, czasem turlam się do komputera, odwiedzam blogi, fora. Ale to też na chwilkę, bo siedzenie mi nie służy.

Uważajcie na siebie.
Na dworze slisko i niebezpiecznie, a w domu... jak się okazuje jeszcze bardziej.




grudnia 13, 2009

Gołe hipopotamy i candy znalezione

Gołe hipopotamy w zalotach

Pierniczki Moi Państwo, pierniczki upiekłam, nazywane idealnymi na forum Galeria Potraw . Naprawdę pyszne. Przepis cytuję z postu założonego przez Fettinię, gospodynię wspaniałego, ciepłego forum Kuchenne Pogaduszki :)

Wzięty z "Nowej książki kucharskiej dla dzieci"
Podam proporcje w oryginale aczkolwiek ja robię większą ilość.

1/4 kubka miodu (sztuczny lub naturalny)
5 łyżek masła
1/2 kubka brązowego cukru
1 jajko
2 1/4 kubka mąki
1 łyżeczka sody
3 łyżeczki mielonego imbiru
2 łyżeczki rodzynek

mieszamy i zagniatamy ciasto :)

Osobiście nie dodałam rodzynek i zamiast imbiru - przyprawę do pierników. Musiałam też dodać jeszcze jedno jajko i trochę więcej masła, bo mój kubek do odmierzania mąki był za duży. Lepsze są takie o pojemności 200 ml. Pierniczki piekłam wczoraj w nocy, dziś ostało się tylko kilka smętnych hipopotamów, nie zdążyłam ich udekorować nawet. Ale pierniczki z tego przepisu na pewno będę piekła jeszcze przed Świętami, może wtedy lepsze zdjęcia uda mi się zrobić. No i może wtedy znajdę jakieś świąteczne foremki, bo póki co, oprócz hipopotamów mam jeszcze kształt wychudzonego słonia.

Candy:

Candy u Jaszki, tzn. "giveaway candy" :) z cudną matrioszką.

Candyzowana Wisienka u PatiS

Poza tym jak zwykle u mnie, mnóstwo rozkopanych robótek i coraz mniej czasu na nie, czyli - wszystko po staremu.

listopada 27, 2009

Dawno, dawno temu... Moje ulubione modele

Marzy mi się taki, tylko z inna górą (mógłby być golf) i w jakimś innym kolorze, bo rudości zupełnie nie dla mnie.. Model z roku 1997 lub 1998 (z tyłu jest mowa o premierze "Anny Kareniny")


Taki to nawet podobny mam. Robiła Mama Przyjacióły.



Chyba 1999. Dziesięć lat, ale nawet stylizacja się nie zestarzała :)


To moje ulubione modele ze zgromadzonych z Twojego Stylu. Obiecuję solennie, że... kiedyś je zrobię :)

listopada 21, 2009

Dawno, dawno temu...porcja trzecia

1997 lub 1998, bo na drugiej stronie coś o przyszłości i Roku Tygrysa piszą.


Maj 1998 lub1999, na drugiej stronie Fridę Kahlo nazywaja odkryciem mody 1998.
To z zamiarem zrobienia tego topu kupiłam Kalinkę granatową, która czekała na swoje przeznaczenie około 8 - 9 lat. Teraz skończy razem z czarną Zorzą wpleciona w komin.


1995 lub 1996, na drugiej stronie mowa o nowościach paryskich pokazów jesień-zima '96.

Zostało mi tych kartek jeszcze kilka w najbliższym czasie pokażę Wam modele ulubione, oczywiście nie zrobiłam żadnego z nich, ale może kiedyś...

Z robótkowym pozdrowieniem: Darz Drut!

:)

listopada 15, 2009

W co by tu ręce włożyć?

Priorytet priorytetów, to szalik dla Maleństwa (to niebiesko-czarne), który rośnie rośnie i urosnąć nie może (mowa w dalszym ciągu o szaliku, nie o mężu mym, który już urósł w życiu wystarczająco).

No i czapka do kompletu (ta jest jeszcze zupełnie w kłębku)

Śliwkowa cieniowana, włóczka od Secret Pala sprzed roku. Czekała, bo jest tak piękna, ze bałam się ją zepsuć, docelowo ma się stać szyjogrzejem i czapeczką, ale obrazu ostatecznego brak. Obok fioletowa cieniowana od mojego ostatniego Secret Pala - też się boje zepsuć, bo cudna i ręcznie malowana to tego.

Czarny zewłok z czarnego Kashmiru, to próbka prostego szala ażurowego wg. przepisu Dagny. Wierzyć mi się nie chce, że te piękne ażurowe szale, które oglądam na Waszych blogach, też tak pokracznie wyglądały w fazie prenatalnej, więc pracę nad nim zawiesiłam.

Morski kłębek, to 1/5 moich zapasów Czterdziestki w tym kolorze. Na razie do podziwiania, co z tego będzie - nie mam pojęcia. Miał byc komin, ale może będzie golf?

Czarne fragmenty pod spodem, to resztki Zorzy. Komin będzie chyba z niej, żeby nie było smutno połączę ją z granatową Kalinką, którą kupiłam... jeszcze na studiach (czyli jakieś 8 lat temu?) żeby zrobić Księżycowy Topik z Twojego Stylu (skan już wkrótce ).

Pod spodem w gustownych reklamówkach znajdują się między innymi elementy królików w różnym stadium rozwoju...

...i co ja mam teraz zrobić?

Wy też tak macie?

listopada 13, 2009

Dawno, dawno temu c.d.

Ta srebrnoszara sukienka od lat mnie zachwyca. Może kiedyś... :)



Jeszcze kilka opisów modeli Twójstylowych ;) Chyba z okolic 97/98 roku.

Na deser zostawię opis sweterka z warkoczami na rękawach, z 1992 roku. Mam całą gazetę, numer październikowy. W środku jeż też wkładka z wykrojem spodni z podwyższona talią, dokładnie takich, jakie były bardzo modne w ubiegłym roku. (Czy wciąż są modne, tego nie wiem, bo faszionistka ze mnie żadna, choć mąż czasem nazywa mnie szafiarą ;) )

listopada 12, 2009

Dawno, dawno temu...


To wszystko to chyba koniec lat dziewięćdziesiątych, może nawet rok 2000? Nie jestem w stanie tego odtworzyć.
Czyli kiedy jeszcze chodziłam do liceum, lubiłam przekopywać stare egzemplarze Twojego Stylu w poszukiwaniu ciekawostek. Ciekawostkami były niewątpliwie strony z modelami do wykonania na drutach. Ja te kartki wyrywałam i wkładałam do segregatora "na zaś". Trochę później, na studiach znajdowałam w antykwariacie jakieś pojedyncze egzemplarze i... znów chomikowałam opisy. Wydawało mi się, że jak z Twojego Stylu, to taka klasa sama w sobie. Szyk i szał :)

Teraz nabierają wartości antykwarycznej, tu i ówdzie pożółkłe, nadgryzione zębem czasu i koszatniczki...

Podzielę się z Wami. Może ktoś zrobi? Toż to prawie vintage ;). Póki co trzy modele, mam jeszcze kilka w zanadrzu.

października 03, 2009

Światowy dzień robienia kartek


Czyli kartkę mam i ja :)


Ale od początku. Dawno dawno temu (jakoś na wiosnę, albo i wcześniej), poznałam Kamilkę. Kamilka wciągnęła mnie do Uroczyska , (które mój mąż nazywa Dziubalnią). Zajęta ślubem, do Uroczyska dotarłam dopiero we wrześniu, ale od razu poczułam się gorąco przyjęta i mile widziana.

Uroczysko to miejsce... nie, Uroczysko, to Wspaniałe Kobiety, które oprócz codziennych działań zapewniających przetrwanie z dziećmi, mężami, chłopakami, pracą i... bez nich, znalazły czas i energię na - no właśnie, na dziubanie ;) scrapy, decoupage... i inne dobra.

I to właśnie Kamilka napisała do mnie ostatnio: Przyjdź, będziemy robić kartki - nawet te, co nigdy nie robiły, papiery, bazę i co tam Ci będzie potrzebne wezmę.

No i wzięła. A do tego wszystkie Dziewczyny wzięły też dużo cierpliwości, bo jako kartkowy świeżak zadawałam co chwilę jakże inteligentne pytanie: Yyyy i co teraz? albo: Kamilka, ciapać? (tzn. "brudzić" tuszem).

W każdym razie kartkę dzielnie zrobiłam - za co Wszystkim dziękuję.



LinkWithin

Related Posts with Thumbnails