marca 10, 2011

Poleciały w świat





Wzór na ten szaliczek widziałam w internecie ło ho hooo... dawno temu. Nawet chyba zaczęłam robić sobie czerwony, ale zaczątek przepadł bez wieści. Nadarzyła się okazja i nabrałam ochoty, żeby go wykonać w prezencie. Właściwie w dwóch prezentach. Czarnym i zielonym. Szaliczki są tez elementem rewanżu. Ich obecne Posiadaczki zaopatrzyły mnie w cudowności (i pyszności) dostępne na obcej ziemi. Czekolady (o wymyślnych smakach), masła do ciała z the Body Shop (tych akurat nie jadłam), Crocsy, Czipsiory octowe, Marmite, Gwiazdki Milky Way... Szortbredy... Nie wymienię wszystkiego bo już pożarliśmy i tylko bym płakać z tęsknoty zaczęła ;)
W każdym razie pomyślałam, żeby obu Paniom wysłać drobiazg niespodziankowy. Mam nadzieję, że szaliczki będą się dobrze nosiły i... że to nie koniec naszej współpracy ;)

lutego 28, 2011

Odporności...przybywaj

Bo oszaleję. Powiedzonko takie jest - jak nie urok, to...przemarsz wojsk (w ocenzurowanej wersji) i tak jest u mnie. Jak nie grypa, to zapalenie gardła, a potem (naprawdę mocny finał) zapalenie zatok. I właśnie kończę drugi antybiotyk. Nic mi się nie chce, prawie nic nie robię. Dni spędzone na zwolnieniu, przespałam, przeleżałam i trochę prze-czytałam (m.in. Książę Mgły, Marina, Cień wiatru i Gra Anioła - wszystko Zafona).

Kłuje mnie w uszach.

I pod oczami.

Nie lubię wiatru.

Boli mnie noga, na zmianę pogody (pewnie na gorszą).

Katar mam.

Właściwie już przechodzi, bo robi się cieplej.

Jak zrobi się cieplej uaktywni się alergia, bo zapylą topole i leszczyny i brzozy i inne...

aaaaaaaaaaaaaaaaaAAAAAAaa

Jak się zbiorę, to coś pokażę. Ale muszę się zebrać :)


No, to poZDRAWIAM! :)

P.S. Na pomoc mojej odporności nastawiłam do ukiszenia sok z warzyw według przepisu KAROLINY ze ZMYSŁÓW W KUCHNI. Nie wiem jeszcze jak smakuje, ale wygląda wspaniale!

stycznia 23, 2011

Świński tort

Zobaczyłam podobny parę lat temu na forum Galeria Potraw. Czekałam na odpowiednią okazje, by uczcić ją stosowną oprawą - tortem z prosiakami taplającymi się w czekoladowym błocie. Odgapiłam pomysł i dziewiętnastego stycznia późnym wieczorem lepiłam w tajemnicy świnioki (nasze ulubione zwierzęta)z lukru plastycznego. Bazą był upieczony dzień wcześniej Gniotek dla czekoladożerców
Z tym, że zwiększyłam ilość gorzkiej czekolady w polewie - do około jednej całej tabliczki.


20-go stycznia "tort" był gotowy. Trzydzieste urodziny Mojego Męża, to świetna okazja, by uczcić jubileusz Świńskim tortem. Sto Lat Maleństwo Kochane! :)

stycznia 19, 2011

Dwanaście na dwanaście - Wewiór

Dwanaście na dwanaście, to nowa zabawa blogowa, do której z przyjemnością dołączyłam. Banerka wkleić nie umiem, ale umiem wkleić link do blogu dokumentującego nasze poczynania :)


Zadanie jest proste. Umawiamy się na jakieś - dziełko - do wykonania w danym miesiącu. W styczniu, jest to zabawka z rękawiczki lub skarpetki. Zgłosiłam się bardzo chętnie i...

W pracy nad ztworzonkiem napotkałam poważny problem - mianowicie: nie gubię rękawiczek! Nie wiem dlaczego, ale naprawdę wszystkie mam w duetach. No i zawzięłam się,żeby było ekologicznie i ekonomicznie, zatem nie zamierzałam inwestować w nową parę. Przed dylematem stałam ze trzy dni. Potem usiadłam, pomyślałam i dokonałam wyboru... Po bliższych oględzinach okazało się, że jedna rękawiczka ma dziurki to tu, to tam... więc wybór było oczywisty. Wewiór narodził się 3 dni temu. Dodam, że zwierzęciem o szlacheckich korzeniach jest, albowiem narodził się z rękawiczki firmy Big Star. No cóż, sami oceńcie, czy On taka Big Star ;)



A ak wyglądał Wewiór w fazie prenatalnej, w tym stadium był jeszcze niczego nie spodziewającą się rękawiczką:





P.S. 1 Wewiórowi poważnie doskwierał wygląd uzębienia, dlatego koleżanka wsparła mnie gumeczkami do aparatu ortodontycznego - założyłam mu aparat i za pół roku ma być lepiej.

P.S. 2 Wewióra upodobał sobie mój Mąż. Łapie go znienacka, unosi do góry i naśladując skakanie wydaje dźwięk "iiii ii iii" (staccato), twierdząc, że tak właśnie porozumiewają się wiewiórki.

P.S. 3 Wewióra pokochałam miłością ogromną, zatem będzie pierwszym stworem jeżdżącym ze mną w Pluszowozie.

stycznia 15, 2011

Dwanaście lat temu - komunikat

Dwanaście lat temu skończyłam kurs prawa jazdy. Do egzaminu po nim nie podeszłam. Dopiero w tym roku pokonałam demona ;) Dziś o 9.20 zdałam egzamin. Za 2 tygodnie wsiadam w samochód. Dojazd do pracy zajmuje mi codziennie minimum 1,5 godziny w jedną stronę. Uzależniona jestem od autobusu jeżdżącego zwykle co godzinę. Zwykle, bo co najmniej 2 razy w miesiącu wypada z trasy, a 4 razy w tygodniu się spóźnia.
Za dwa tygodnie nie będzie mnie to już tak bardzo dotyczyło. Wsiadam w Pluszowóz i do przodu. Pluszowóz jest pełnoletnim autem mojego Męża. Jest cudownie fioletowy i czeka na personalizację - czyli szydełkowo-szyciowe uzupełnienie wystroju i wyposażenia :)

I jeszcze jedna... a może dwie sprawy.
Prawo jazdy było takim moim osobistym demonem. Wydawało mi się, że nigdy nie uda mi się go zdobyć, choć poza epizodem 12 lat temu, dalszych podejść nie miałam, ale jak coś wejdzie w głowę, to trudno się pozbyć, pewnie wiecie :))

Dzisiaj czuję się silniejsza nie tylko dlatego, że uda mi się ograniczyć marznięcie i tracenie czasu na przystankach i w tramwajach. Udało mi się! Nauczyłam się jeździć na tyle - żeby zdać egzamin. Teraz może być już tylko lepiej, prawda? ;)

Skoro o uczeniu mowa - będzie reklama: Auto Szkoła Perfekt w Łodzi. Mogę ją krótko opisać: profesjonalizm, cierpliwość i kultura. I jeszcze poczucie humoru Panów Instruktorów. Do tego jedna z tańszych.

I jeszcze mój Mąż. Trochę mi słów brakuje, żeby opisać jego rolę w tym wydarzeniu. Wsparcie, cierpliwość, pomoc, nauka... z resztą On wie :*

Miłego weekendy Wam życzę. Co najmniej tak miłego ja mój!

P.S. A! I nie za pierwszym razem. Pierwsze w pełni zasłużenie oblałam zajeżdżając drogę tym co za mną, podczas zmieniania pasa. Dziś rano wyrzuciłam ze swojego słownika jakże mylne sformułowanie: "Może się zmieszczę" i poszło :)
Rzec chciałam jeszcze, że każdy z egzaminatorów był normalny, a wręcz sprzyjający mnie jako przyszłemu kierowcy. Nie trafiłam na furiata, chama, ani podpuszczacza. Przeciwnie. Poczucie pomagania mnie przez nich miałam. ;)

stycznia 10, 2011

Wyręczacz dla mózgu

Małżonek mi doniósł. Doniósł, że nowy rok się zaczął i doniósł nowy kalendarz z sugestią - Już Ty tam go sobie przerobisz, naszyjesz misia, czy coś. Nie wiem dlaczego Samiec gdy tylko mam kryzys twórczy lub nie wiem jak coś przerobić/naprawić/zepsuć, proponuje: "Naszyj misia". Hmm... niewątpliwie Freud by coś na ten temat powiedział. Spieszę również donieść, że jak żyję, nigdzie misia nie naszywałam. Naszyłam za to ptaszka.

O tutaj:



W środku kieszonka na różne różności.



A taka smutny była okładka przed sptaszkowaniem.



Kalendarz kalendarzem, ale kiedy będzie na świecie jasno?
Bu!

stycznia 02, 2011

Noworocznie

No jak tam? Szampany wypite? Postanowienia noworoczne spisane i skrzętnie ukryte? To co? Zabieramy się do roboty? To znaczy... "do robótek" chciałam napisać :)

Tayton, która pomogła mi zdobyć wzór na czarną chustę, zaproponowała mi wymiankę - taki Secret Pal, tylko bardziej Pal niż Secret, bo wymieniałyśmy się tylko my dwie :) W Wigilię rano zadzwonił (dwa razy) do moich drzwi listonosz i wręczył mi pakę. (No i tu wyszłam na prosiaka, bo dopełzłam na pocztę z opóźnieniem i przesyłkę ode mnie Tayton dostała dopiero w Sylwestra)

A w pace:



Wykonane przez Tayton bombki obmacała (delikatnie) cała rodzina. Wszyscy zachwyceni. Ja oczywiście najbardziej chyba, bo bardzo cenię sobie takie prezenty. Coś wykonanego własnoręcznie, poświęcony czas, serce i talent dla mnie - wierzę, że mają w sobie dobra energię dla domu. Dlatego zamierzam je przechowywać pieczołowicie i pokazywać wnukom swym :)

Wełna... Cudowna! Magic się z resztą nazywa ;). Tęcza - w moich ulubionych kolorach - głaszczę ją stale i już zaczęłam coś ściubolić. Ba, mam nadzieje, że niebawem skończę. Co chwilę odkładam robótkę, rozprostowuję ją i podziwiam przenikające się kolory :) i herbatka pyszna tam była - bardzo lubię maliny, kartka z i miłe słowa... A czekoladę Małżonek uprowadził i zeżarł.

Zawartość paczki zainspirowała mnie do życzeń noworocznych dla Was.
Życzę Wam:
Miłych znajomości, przyjaźni i niespodzianek. Ciepła (nie tylko wełnianego ;)) kolorowych, tęczowych chwil, słodyczy i słodkości, zdrowia i natchnienia do tworzenia pięknych rzeczy - od serca. Do tego odrobinkę czasu i swobody! Niezwykle miło mi być tu z Wami kolejny rok. :)


Karolina.

grudnia 29, 2010

Rekawiczki



Taka zabawa polarem, resztką (dosłownie paroma metrami) czarnej wełny, które zostały mi po chuście. O pogodzie pisać nie będę - wszyscy widzą co się dzieje. Jako istota ciepłolubna nad miarę staram się nie dostrzegać okoliczności przyrody. Choć nie da się ukryć: (cytat z Andrzeja Poniedzielskiego) Duszno nie jest. Więc i rękawiczki się przydadzą.

Staram się unikać trwonienia energii na przemyślenia, które nic nie wnoszą i nie denerwować rzeczami na które nie mam wpływu, więc li i jedynie powyższym określeniem kwituję wypowiedzi rodaków dotyczące znanej Wam, obecnej, zimowej aury.

Skoro już jesteśmy przy temacie trwonienia, to wspomnę tylko, że zaczęły się wyprzedaże i byłam wczoraj w Porcie Łódź i IKEI. :D

Ale nie nie nie, nie będzie o tym o czym myślicie :)
Umęczyłam się potwornie. Głowa mnie rozbolała, nogi i ręce też a kupiłam - na tych wyprzedażach: jedną (słownie: jedną) koszulę i jedną opaskę do włosów.
Zaprawdę czułam się niemal jak Sokrates na targu. Gotowa byłam wołać: Ile tu rzeczy, które mi do życia nie są potrzebne!. Albo chociaż: Ile tu rzeczy, które mogę sobie zrobić sama! :D

Koszul szyć nie potrafię (albo mi się po prostu nie chce, nie popadajmy w przesadę) Opaska kosztowała 6.90. Dodam do niej parę tasiemek, filcu i koralików i będzie konkurować z takimi, co je za 36.90 widziałam (H&M)
W ogóle zauważyłam, że od dłuższego czasu nie kupuję rzeczy, które mogę zrobić sama. I jest ich coraz więcej :) Czapki? szaliki? broszki? Torebki?
Buty jeszcze kupuję, ale ostrzegłam Maleństwo, że gdyby mi się odechciało, to ma mnie prowadzić do specjalisty.

W Ikei nie było tak łatwo. Tam już nie czułam się jak Sokrates. Prędzej jak Golum, bo gotowa byłam z każdym zakrętem wykrzykiwać: My Precious!, tym bardziej że przecenione były niektóre tkaniny...
Właśnie zaraz siadam do zwężania nabytych kompletów pościeli.

My Precious! :D

grudnia 07, 2010

Pomikołajkowo



Takie widok zastał Małżonek mój, wchodząc do kuchni 6 grudnia.


Przepis na " Mikołajkowe drożdżówki choinki" z nieocenionego Blogu Dorotus - Moje Wypieki

Cytuję:

Składniki na 6 dużych drożdżówek:

* 150 ml mleka
* 40 g masła, roztopionego
* 300 g mąki pszennej chlebowej
* 7 g drożdży suchych lub 14 g drożdży świeżych
* 2 łyżki cukru (30 g)
* 8 g cukru wanilinowego*
* 1 białko

Ponadto do posmarowania:

* 1 jajko roztrzepane z 1 łyżką mleka do posmarowania


Mleko wymieszać z roztopionym masłem. Mąkę wymieszać z suchymi drożdżami (ze świeżymi wcześniej zrobić rozczyn), połączyć z resztą składników, wyrobić. Ciasto powinno być gładkie i elastyczne. Przykryć ściereczką kuchenną, pozostawić na 1,5 h do podwojenia objętości.

Wyrośnięte ciasto krótko wyrobić, rozwałkować na duże koło
o średnicy ok. 30 cm, podzielić na 6 części, trójkątów. Trójkąty ponacinać po obu stronach, końcówki spłaszczyć placami, jak na załączonym zdjęciu. Przykryć, odłożyć do napuszenia na 20 minut. Przed pieczeniem posmarować jajkiem.


Robiłam wszystko jak w przepisie, poza smarowaniem jajkiem (zapomniałam po prostu, późno już było). Dodatkowo, znalazłam w szufladzie zabłąkana torebkę z trzynastoma M&M-sami. Grzechem byłoby nie wykorzystać ich do zdjęcia ;)

Choineczki pyszne zaraz po upieczeniu i następnego dnia rano. Gruba warstwa lukru znacząco podniosła ich notowania :)

listopada 21, 2010

Szydełkowo - batmańska chusta na zimną zimę





Na pewno zimna zima nie będzie jej (ani mnie, mam nadzieję) straszna, bo to chusta z włóczki 100 % wełny. Robienie jej trwało w moim przekonaniu naprawdę krótko jak na imponujące rozmiary produktu finalnego, bo około 3 tygodnie (a konkretnie kawałki wieczorów na przestrzeni trzech tygodni). Jest bardzo ciepła, dość ciężka i... robi wrażenie :)

Najpierw wrażenie zrobiła na mnie, na blogu Poppy. A potem Cudowna Tayton pomogła mi zdobyć wzór (DZIĘKUJĘ!), bo to wzór zagraniczny i płatny - czyli ŚWIATOWY! :)
Robiło się dość łatwo, część środkowa trochę nudna, więc skróciłam ją o 10 rzędów. Co w rezultacie na dobre mi wyszło. W przeciwnym wypadku ani chybi zamiatałabym ogonem trotuary.

I jeszcze troszkę danych technicznych:

włóczka: Kashmir Madame Tricote - wełna 100%
szydełko: jakieś takie dziwne, sądzę, że około 3,75
waga: Ha! dobre 40 dag.
rozmiar: uuuhuu na przeciwprostokątnej jakieś 2,30m.

I jeszcze. Po raz pierwszy zadawałam w niej szyku w zeszłą sobotę. Byliśmy w kinie ze znajomymi. Stroję się, wiercę przed lustrem, pytam Maleństwo o opinię:

Ja: I jak? Do kina może być?
Maleństwo: Może, chociaż nie idziemy na Batmana!

W kinie (sprawdzaliśmy) mogą się nią przykryć cztery siedzące obok siebie osoby. A i dla tych z przodu by wystarczyło, gdyby im uszy zmarzły.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails